wtorek, 7 grudnia 2010

Pijmy szybciej bo Niemcy idą!

Och, czy ten blog jeszcze istnieje? Zagląda tu kto? Chyba już nie, więc mogę spokojnie pisać - na szczęście nikt nie zauważy.

A pisać jest o czym, bo głowa pełna przemyśleń tym bardziej chaotycznych im bardziej jest niedorzeczna pora o której jeszcze siedzę przed komputerem. A za prawdę powiadam wam, pora to niedorzeczna i żaden obywatel nie powinien być tak jak ja przymuszany do takich wyczynów. Zacznijmy od początku.

Na początku był porządek.
Nie, nie drogi Czytelniku. Wcale nie chaos. Jak mogłeś tak dosłownie i niedbale odczytać metafory Pisma Świętego czy też obiegowe opinie wyjęte z kontekstu? Bij się w piersi, bo na samiutkim początęczku to był porządeczek i to doskonały. A potem się zjebało... Wielki wybuch, z upływem czasu coraz gorzej. Chaos jest wszędzie, ogarnął już wszystko. Gdy przez moment ogarnęło mnie łechcące uczucie że już przynajmniej wiem gdzie jest burdel a gdzie względnie nie ma, to z całą mocą uderzyło mnie wulgarne acz uczciwe stwierdzenie "gówno wiesz".

Bo o ile na początku był porządek to pod sam koniec wyłonił się ZPAF. ZPAF. Trudne do wymówienia ale wtedy jeszcze nie znali Pi Aru. Związek Polskich Artystów Fotografików, źródło wszelkiego chaosu, archetypiczny pierdolnik pierwotny w ostatnich dniach uderzył mnie po twarzy i zbił z pantałyku. TOĆ TO GNIAZDO ŻMIJ! KRWIOPIJCÓW I DEGENERATÓW! Muszę uczciwie powiedzieć, głębokie zaskoczenie i nie powetowany żal ogarnął mnie w związku z niezbyt miłymi doświadczeniami ze środowiskami "zbliżonymi do dobrze zbliżonych do ZPAFu". Otóż by nie owijać w bawełnę: upodlono i chyba ostatecznie zdeptano mój idylliczny obraz artysty.

Artysta. Brzmi to dumnie. Artysta Fotograf. Fotografik. Och ach, czerwony dywan, Wyższa Kultura, WYŻSZE WARTOŚCI. Ooooo nieee... Polski artysta, o przepraszam, pretendent do bycia artystą to:

a.) Człowiek o poziomie rozwoju emocjonalnego dziecka
b.) Ktoś komu dobre wychowanie pomyliło się z chodzeniem do teatru i tzw. kulturą
c.) Zakompleksiony nieudacznik
d.) Kompletny ignorant w większości życiowych i nie życiowych kwestii
e.) Pozer
f.) a przede wszystkim ARTYSTA.
O kratę piwa założę się że przeciętny "artysta" nie złoży do kupy latawca.

Tak, domeną ich jest to, że nigdy nie przyznają się że są artystami, zaprzeczają nawet, wymieniają duże nazwiska, skromni niemal. Ale gdy ktoś ich połechce... Och, cóż za rozkosz w oczach. Niezaprzeczalnie, wtedy STAJĄ się artystami.
Ale dobra, starczy tego biadolenia. Szczerze:

WYDUPCZYLI MNIE W CHUJ, BANDA OSŁÓW I KRETYNÓW. Wydupczyli i tak tego przeżyć nie mogę, przetworzyć wewnętrznie nie mogę. Schlali co dałem, krew wypili, usta oblizali - więcej by się zdało ale coś nie smaczna była. Z zachwytu nie piała. I między zębami marudziła.

Ludzie ci wielce nieszczęśliwi są, pieniędzy w życiu im brak. To prawda. Wyjątkowe projekty na co dzień realizować trzeba, presja czasu, chleba w garnku. Zmagać się trzeba z brakiem entuzjazmu odbiorców, niechęcią do wspierania sztuki i jakże popularną ignorancją. Mimo to i tak wyjątkowym trzeba być i człowiekiem pozostać. Misja to iście godna bohatera tragicznego. Bo każdy w końcu coś kochał kiedyś, artyści też. Mieli tego pecha że to była sztuka, że to było w Polsce, że komunizm, że transformacja, ach i ta nowa klasa średnia. Staram się rozumieć, ale kurwa nie mogę. Bo zostałem nieszczęśliwie szczęśliwym dzieckiem Emo młodego polskiego kapitalizmu. I nigdy nie postanowiłem sprzedać duszy diabłu i poświęcać się tak chwiejnie prosperującej dziedzinie jaką jest sztuka.


Poniosło mnie, wiem. Wzburzony jestem, wiem. Są i w ZPAFie i w Polsce ludzie wyjątkowi, mający coś wartościowego do powiedzenia. Ale jeżeli drogie dziecko czytasz to, dam Ci dobrą radę: jeżeli interesuje cię sztuka, uprawiasz jakkolwiek rozumianą działalność artystyczną - UNIKAJ JAK OGNIA ARTYSTÓW! Puki nie potrafisz odsiać ziarna od plew, a z początku nikt nie umie, nawet Ci co umieją, to rób co robisz, byle z przyjemnością bo oni zniszczą w Tobie chęć do czegokolwiek.

P.S. Dzisiejszy post sponsoruje Program Wymiany Studenckiej ERASMUS. Kurwa.

sobota, 12 czerwca 2010

Konkurs strzelecki

Dzisiaj miał miejsce doroczny (już sześćdziesiąty) konkurs strzelecki o Puchar Burmistrza Oświęcimia. Oczywiście nie zabrakło tam nas.
Kategorie w konkursie były trzy:

1.) Strzelanie do nieruchomego więźnia z odległości.

Ta dyscyplina została rozegrana w niezwykle urokliwym miejscu, słynną Ścianą Śmierci w obozie Auschwitz I.






2.) Strzelanie do uciekającego więźnia na czas.

3.) Gra terenowa "Znajdź Żyda"




Żeby prosto nie było organizatorzy zastrzegli w regulaminie konkursu zakaz używania amunicji innej niż śrut ołowiany a także zakaz używania broni białej - maczet, siekier, toporów.

W kategorii pierwszej Beata zremisowała z Maciejem. W drugiej nie padły żadne wygrane. Natomiast w kategorii trzeciej bezsprzecznie prowadziła Beata...

P.S. Powyższe informacje są fikcją literacką i nie są nawiązaniem do żadnych realny sytuacji, miejsc, osób ani zdarzeń.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Porządek rzeczą żadką

Cudowne rzeczy donosi tajna agentka z Wydziału Biologii. Że czysto, że porządek i jakiż zapach... Tak, tak właśnie jest gdy Muchę ogarnia radość na przyjazd Drugiej Połowy. Radość ta emanuje z wnętrza i zachęca karaluchy do sprzątania, wówczas same pakują swe klamoty i wynoszą się gdzie indziej.

A jak to jest z porządkiem w innych pokojach? Zbadajmy jak to jest z żeńskimi pokojami. Można by rzec iż niewiasty schludne są i o czystość w pokojach dbają. Nic bardziej mylnego! Znany mi z wielokrotnych wizyt pokój mej Pierwszej Połówki wcale nie roztacza wokół zapachu świeżość... Raczej tchnie zapachem wilgotnej pieczary...
Świadczą też o tym wielokrotne wizyty Imperatora akademikowego w raz z jego strażą przyboczną. Wielce się Imperator ucieszył na arsenał butelek po mniej lub bardziej znanych markach samogonów wysokooktanowych zdobiących parapet pokoju w całej niemal jego szerokości... Mucha też tam nie powinien się za pojawiać bo podłoga to istny lep na muchy... Mógłby tam już zostać po wsze czasy.

Sprawa ma się inaczej u Żula. U Żula pokój sprząta Ciotka. Żul jedynie panoszy się po pokoju zajmując co i rusz jakiś wolny jeszcze skrawek przestrzeni. Ta ekspansja wydaje się nie mieć końca a pojemność tych szesnastu metrów kwadratowych zbliża się do nieskończoności. Bo gdy Żul już zmieścił w pokoju Pierwszą Pracownie Fizyczną, oscyloskop, generator, multimetrów co nie miara przyszła kolej na małą poligrafię, pracownie elektroniczną nie wspominając o delegaturze kina domowego, elementach ciemni fotograficznej, kolekcji karaluchów w słoiku i kilogramie cyjanku co to trzeba było w końcu oddać bo bardzo prosili że to 10 lat w zawieszeniu i że nie przystoi tak przeginać (mówię o cyjanku nie karaluchach...).
Dziś gdy zostałem odwiedzony przez swego dawnego kolegę spytany zostałem wręcz czy się wyprowadzam bo wyglądam na spakowanego...

Ale względny porządek i czystość mimo wszystko są zachowane. Ciotka sprząta, zamiata, myje zlew i roztacza przyjemne (?) zapachy których ma co nie miara, więcej niż Żul lakierów do paznokci. Śmieci po umieszczeniu w koszu cudownie znikają, brud z podłogi wpełza pod szafy a strefa powietrzna Ciotki pozostaje nieskalana książkami.

Inaczej to się miało gdy Żul wraz z Muchą pomieszkiwał w wakacje w jednej wspólnej rezydencji. Wtedy nikt się nie czepiał że na lodówce leży oblizana łyżka bo łyżki to już dawno nie było widać z pod kilograma cementu montażowego CX5. Podłogi zamiatać nie trzeba było bo nie było jej po prostu widać z pod stosu nie wiadomo ilu szklanych eksykatorów, słoików, butelek, kolb laboratoryjnych i innego wyposażenia Wydziału Chemii... Znaczy dawnego wyposażenia Wydziału Chemii... Jako ścienna ozdoba wisiał na haku dysk twardy wyjęty z macierzy dyskowej pierwszego polskiego superkomputera, drzwi pokrywało malarstwo współczesne a podwieszany sufit stanowiła pajęczyna kabli sieciowych.

Tak więc, z porządkiem to różnie bywa, raz trochę lepiej raz trochę gorzej. Czasami studenta ogarnia entuzjazm i sprząta, czasem wpojona przez rodziców idea schludności odbija swe piętno (najbardziej na niedostosowanych współlokatorach) aż wreszcie zdarza się tak że wszyscy w pokoju są zgodni - "z burdelem nie na leży walczyć, tylko go pokochać"...

piątek, 9 kwietnia 2010

Ojaaaaa.... Podłoga się nie klei!

Tak, właśnie tak. W magazynie została umyta podłoga. Ba, skarpetki w koszu, koszule poskładane, firanka zawieszona... Aż strach wchodzić, co by nie zakłócić tej harmonii. Cóż mogło być przyczyną tegoż przedsięwzięcia? Czyżby pozdrowienia od Gospodarza Domu, że Magazynierzy śpią w KUPIE? Albo konkurs na najczyściejszy pokój, co to miały go ogłosić dwie Zaleszczotki? Nie... Nic z tych rzeczy. Otóż do jednego ze Współlokatorów miała przyjechać Część Wspólna.

Przygotowania rozpoczęły się w środę...

Wchodzę i co słyszę na powitanie? "Witaj Marianno"? "Cześć Maniu"? "Marianiu Moja Droga, jak dobrze Cię widzieć..."? A gdzieżby tam! Infinitezymalny krzyczy: "Buty masz czyste, bo Maciek umył podłogę!?". Ostrożnie, powolutku, na paluszkach, niepewnym krokiem przesunęłam się przez próg, zbliżyłam się do łóżka z zamiarem wgramolenia się na nie, żeby już nie deptać tej cudnej podłogi. A stamtąd jaki widok! Normalnie dech zapiera w piersiach. To lepsze niźli halo albo tęcza! Legowisko Macieja posłane, sterta ubrań uprzątnięta, a wokół roznosi się bliżej nieokreślony zapach świeżosci...
Jakby tego było mało, Maciej kilka godzin przed przyjazdem swojej Części Wspólnej, zmienił nawet pościel. I to na czystą!
Uwierzyłby kto? Student i porządek? PORZĄDEK??? I to w męskim pokoju? I obojętne czy to student z Lublina czy z Warszawy; zawsze pokój wygląda tak samo – przepocone koszulki, skarpetki sztywne od brudu stojące w kącie, resztki jedzenia... A tu taka odmiana!

Nastał następny dzień, dzień przyjazdu Części Wspólnej. I co się jeszcze wydarzy? Czym Maciej zaskoczy mnie, Mariannę? Chyba już nie jest w stanie mnie zaszokować; i tak wczoraj byłam pod wielkim wrażeniem. A jednak... Maciej myje DRUGI raz podłogę! Nooo... Tego to w swoich najbardziej pokręconych snach bym się nie spodziewała. Facet jak chce, to potrafi i mopa wziąć do reki; kekeke... ;)

Cóż by tu jeszcze rzec... Może to, że stopień sanepidostwa magazynu malał wraz z każdym dniem pobytu Części Wspólnej Macieja - ale nie bynajmniej z jej powodu, tak mniemam – aż żeby w niedzielę wieczorem powrócić do stanu normalności, czyli zwykłego pokoju studentów fizyki zwanych Magazynierami;)



Z OSTATNIEJ CHWILI: Po akademiku krąży njus, iż Magazynierzy posprzątali pokój. Przyczyny jak dotąd nie są znane. Sprawą zajęła się tajna agentka z Wydziału Biologii.

piątek, 26 marca 2010

Miłego dnia :)

Dzisiaj do mojego pokoju z samego rana zawitał wesoły orszak z Państwa Konfitur i Przetworów. Do drzwi zapukał wcale nie mały Oddział Inżynieryjno-Lądowy "Słoiki" pod dowództwem generała Butelki. Z niektórych jeszcze ociekał pot trudów wyprawy a niektórym odstawały byle jak zarzucone na głowy czapokrywki. Aż nie mogłem się powstrzymać od zrobienia zdjęcia albowiem zostałem przywitany z wielką radością:



Jak się okazało Oddział "Słoików" został wysłany z poselstwem od Królowej Katarzyny i miłościwie panującego Kniazia Kozubala w celu odnowienia stosunków dyplomatycznych z krainą Rajstopowych Mścicieli Kapuścianych.

środa, 17 marca 2010

Destroy us

Z pamiętnika "sziftera":

[15:23:21] andres_fosorio: ohhhh
[15:23:34] pugliese1970: please ASK to central DAQ to destroy us
[15:23:46] rpc_shifter: I ask

Koniec świata jest bliski, strzeżcie się.

niedziela, 14 marca 2010

Nie tylko pasztet

Daleko daleko za kablami i ścianami, w końcu jednego z korytarzy, za bramą z szaf mieszkał Maciejosław Kozubeliusz. Słynął z wielkiego roztargnienia, niezorganizowania i wielu wielu innym rzeczom którym zrazu zaprzeczy. Albowiem on już tak ma, że przeczy sobie i nie tylko. Ale nie o tym ta historia. Pewnego dnia w królestwie Maciosława zjawił się niespodziewany orszak gości: Gofrownica wraz ze swymi giermkami Uszkami z Mięsem, wspieranymi dzielnym oddziałem Barszczu Czerwonego. Ten wesoły orszak prosił Maciosława o gościnę na co z chęcią przystał radośnie witając przybyszy z dalekiej krainy. Jednak przez swe "nieogarnięcie" bardzo szybko zapomniał o zacnych gościach i porzucił ich uwięzionych w swych karocach. Ponieważ przybyli oni z wielce mroźnego kraju tropikalne warunki kraju Kozmuchów szybko się zemściły objawiając złośliwym rakiem zgnilizny. Uszka pokryły się białymi śmierdzącymi wrzodami a ich wnętrzności poczęły się rozkładać pośród niewyobrażalnych bólów. Ostatnie godziny ich życia upłynęły na niewyobrażalnej męce. Aż wyzionęły ducha. Królowa Gofrownica posmutniała, a Barszcz Czerwony postanowił sobie odebrać życie bo już nie miał po co żyć. Ale duchy Uszek błąkały się nieszczęśliwe po pokoju. I natrafiły na Żula, prosząc aby ich niewinna śmierć została pomszczona. A Żul nie zwykł odmawiać w szczytnym celu i pomógł im. Przeniósł ich ciała w pobliże łoża Maciosława aby go dosięgła w nocy ich moc. I stało się... 3 dnia Uszka zmartwychwstały a ich pośmiertna moc dosięgła Maciosława...
Sprawiedliwości stało się za dość i ich niewinna śmierć nie poszła na marne, od tej pory Maciosław nie zapalał się już więcej słomianym zapałem i uważał na cudze rzeczy tak jak na własne :P


Łącząc wyrazy sznurkiem, z niewielkim już szacunkiem, por. B.