niedziela, 28 lutego 2010

Dlaczego różowy?

W niektórych kręgach zbliżonych do poinformowanych uważa się, że szatan ubiera się na różowo bo jest to diaboliczny kolor. Nie rozumiem dobrze tego fenomenu, ale znam również co najmniej jednego znanego reżysera co też tak uważa ;) Przyjrzyjmy się problemowi trochę bliżej...

Zacznijmy od początku, otóż co to jest różowy? Kolor różowy powstaje jako mieszanina kolorów czerwonego i białego, można powiedzieć taki "blado czerwony". Inne odcienie różowego możemy dostać mieszając kolor różany (nie mylić kurwa z różowym!) z białym, magentą a i podobno pomarańczowym (?) ale tego już ja nie ogarniam.



Jednym z ciekawszych odcieni różowego jest fuksja, w świecie internetowym zwana elektroniczną magentą tzn. jest to intensywny kolor fioletowy zmieszany z różowym (co by nie było tak łatwo jest to jeszcze inny kolor niż tradycyjna fuksja i jeszcze inny niż magenta używana w modzie, bądźcie czujni!).



Magenta nie pochodzi z widma elektromagnetycznego i nie odpowiada określonej długości fali elektromagnetycznej, otrzymamy ją tylko jako wrażenie wzrokowe dopiero w wyniku zmieszania dwóch kolorów lub bardziej obrazowo - usuwając limonkowo-zielone długości fal ze światła białego.


Jeśli chodzi o modę, przypisywanie koloru różowego do płci zaczęło się w latach 20 ubiegłego wieku. Od tamtej pory aż do lat 40 kolor różowy był przypisywany CHŁOPCOM (!) jako słabsza forma czerwonego, uważanego z bardzo męski, agresywny i zdecydowany. Natomiast niewiasty ubierały się na niebiesko albowiem jest bardziej delikatny i mniej wulgarny. W latach 40 nastąpiła inwersja tychże norm i niebieski stał się bardziej stosowny dla facetów a różowy dla kobiet no i tak zostało do dziś.

Z czasem różowy nabrał też wielu negatywnych konotacji, przykładowo producenci aby odróżnić zabawki dla dziewczynek od zabawek dla chłopców i zapobiec kupowaniu jednej zabawki dla dwojga dzieci (ZYSK!) zaczęto obsesyjnie dziewczęce zabawki malować na różowo co doprowadziło do powstanie stereotypu skretyniałej różowej nastolatki która nie wyszła w rozwoju emocjonalnym poza świat lalek i jego kiczowatą estetykę.



Całymi garściami czerpią różowy przedstawiciele subkultury emo bo krótko mówiąc różowe jest lepsze. W wyniku połączenia pustki egzystencjonalnej, romantycznych miłości i nastoletniego okresu "burzy i naporu" powstał styl który już kiedyś był dawno temu ale wtedy nie znali różowego i internetu ;)



Herbem emo stała się różowa czaszka, synteza dwóch wiodących idei tego nurtu - różowy jak uczucia i wrażliwość, czaszka jak niedoszli samobójcy niezrozumiani i odrzuceni przez bydlęce społeczeństwo. No i jasne że "trendi".
Gdyby Werter się urodził dzisiaj, był by EMO a samobójstwo popełnił kilka razy żeby każdy widział jak jest nieszczęśliwy. Tak więc pewien postęp jest :)

Takie oto więc są więc losy tego biednego koloru, który spotkał się z tak szczególnym wyróżnieniem i chyba jak żaden inny stał się kolorystycznym odpowiednikiem popularnego przerywnika "kurwa" zyskując nieskończoną pojemność znaczeniową od pozytywnych emocji po zwyczajny debilizm.

Serdeczności, Żul.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Walentynki, walentynki... i po walentynkach

Romantyczne komedie, oficjalne obiady, kolacje przy świecach, różowe prezenty i wiele innych - to domena Walentynek, usilnie i nachalnie lansowanych przez wszelaki marketing. I choć idea kochania innych jest jak najbardziej słuszna, to końcowy efekt działalności nieśpiących po nocach marketingowców daleki jest od wspaniałości. Uczucia zostają sprowadzone do niemal wszystkiego na czym można zarobić, od łatwo-kupowalnych pierdół przez kiczowate filmiki (zarówno małej jak i wielki produkcji) aż do zwiększonej sprzedaży wszelakich badyli (kaktusów i innych kwiatów ciętych). Wylansowany schemat rozpoczyna się śniadaniem w łóżku i w łóżku też się kończy późnym wieczorem i swoisty krąg życia się zamyka - filozofowie tu wiele mogą dodać na ten temat drążąc go do głębin. Krąg ten ma kilka mniej i bardziej ważnych punktów, przebiega przez obowiązkową cole i popcorn w kinie a także wiele atrakcji na podobnym poziomie, które niskim kosztem kupiliśmy w pakiecie z amerykańskim stylem świętowania.

I tu opowiem historię łamiącą powyższy trend: otóż pewien zmartwiony tym wszystkim Pomorzanin, nad wyraz świadom kosztów miłości, pałał jednak wielkim obrzydzeniem do jej chętnego spieniężania. Archetypowy już plan na Walentyki, tak pieczołowicie indoktrynowany społeczeństwu, zdecydowanym ruchem przekreślił - "STOP KOMERCJI" powiedział i udał się w nurty offowe a bynajmniej nie main-streamowe, jak to się tak dzisiaj zajebiście po polsku mówi.
"Jak z miłości prezent, to z miłości" i wielki nakładem pracy, ceniąc wartość życia ludzkiego a jeszcze bardziej ryzykując oskarżeń o ludobójstwo rozpoczął poszukiwania prezentu dla swej lubej. Nie szczędząc czasu i środków, pytając po okolicznych znachorach i alchemikach, dyskutując na forach odkrywca.pl wędrując po wsiach i miastach polskich z wykrywaczem metali w ręce, wreszcie znalazł swe ZŁOTO TEMPLARIUSZY.

Ostatni słoik, jednej z najdroższych substancji na świecie, ale nie bynajmniej najdroższych w sensie wartości pieniężnej, konsumpcyjnej, o nie nie! - otóż o wartości duchowej, o wartości niemal setek dusz! I tego wieczoru, 14 lutego, mógł być pewny, że jego wybranka serca dostała coś czego nikt nie dostał. Mydło z Żyda.



Produkt stworzony z czystej miłości, miłości do życia ludzkiego w ogóle. Wyprodukowany z zachowaniem jak największej staranności i niemal niemieckiej precyzji, dzieło będące krystalizacją starań wielu pokoleń alchemików, wróżbitów, znachorów i lekarzy - cudowny środek na wszystko! A to wszystko w śmiesznie niskiej cenie, można powiedzieć stworzony z odpadów... I proszę nie zrozumieć mnie tu opacznie!

I tym sposobem wspomniany Pomorzanin zadał cios nie tylko milionom Żydów, ale kolejnym milionom marketingowców, dyrektorów, prezesów, zarządów i rad nadzorczym wbijając sztylet niezgody między drogie uczucia a nic nie warte pieniądze, między korporacje a obozy koncentracyjne, między totalitaryzm a wolność...

Pozdrawiam, Żul

P.S. Z uwagi na kontrowersyjny charakter powyższych wywodów przypominam nieświadomym o subtelnej artystycznej prowokacji i zwrócenie uwagi na konteksty. Pozdro ;)

czwartek, 11 lutego 2010

ale, ale... ale o so choziii??

Żul jak zwykle nie wie nic,
nic nie wie rzec można wręcz.

Czyżby to dziś był jakiś tłusty szczwartek? Z wódką? Hmm... i znowu zaspałem.

Nie mniej jednak, powrót Bru w wielki stylu tradycyjnie świętować można. I pączkiem i wódką a nawet samą wódką. A i nie tradycyjnie świętować też da radę a nawet trzeba bo czego nie można to wprost przeciwnie postąpić przystoi - niemożności pokonywać i cele nieosiągalne osiągać. Tak więc, sto lat!

P.S. A co wy robicie w walentynki? :>

wrr wrr wrr... wracam.... ?

A przynajmniej post rozpędowy pisze.
Internet jak zawsze przyjazny, ramiona rozwarte na świat, to i ja się dołączam, no bo co mam się nie dołączać,
wsiadam i dorzucam swoje COŚ.
A moje COŚ to będzie trochę o niczym.
Czyli o tradycji.

Z najnowszych wiadomości, to wiem to na pewno i się nie mylę,
że pączki w rzeczywistości pochodzą z Rzymu i... ale
to jeszcze nic...
i że początkowo nadziewano je smalcem i ...
to dopiero heca...
i podawano je z wódką. zawsze. z wódką.

pączek i wódka, najlepsza odtrutka.

Ale, że uprzedzałam, że post jest o tradycji, czyli o niczym, to skończę bez morału. ot tak po prostu.

Bo jak mówi stare starorzymskie przysłowie: kto jeździ na sankach, ten jest pisanka.
to ja w sumie nie wiem czy warto.

Bru.

niedziela, 7 lutego 2010

Czas życia krótki więc napijmy się wódki!

A oto i jest superprodukcja Studia Miniatur Filmowych w Pułtusku filia Warszawa, zapraszam do oglądania:



Pijmy szybko bo się ściemnia...

Ż.