wtorek, 7 grudnia 2010

Pijmy szybciej bo Niemcy idą!

Och, czy ten blog jeszcze istnieje? Zagląda tu kto? Chyba już nie, więc mogę spokojnie pisać - na szczęście nikt nie zauważy.

A pisać jest o czym, bo głowa pełna przemyśleń tym bardziej chaotycznych im bardziej jest niedorzeczna pora o której jeszcze siedzę przed komputerem. A za prawdę powiadam wam, pora to niedorzeczna i żaden obywatel nie powinien być tak jak ja przymuszany do takich wyczynów. Zacznijmy od początku.

Na początku był porządek.
Nie, nie drogi Czytelniku. Wcale nie chaos. Jak mogłeś tak dosłownie i niedbale odczytać metafory Pisma Świętego czy też obiegowe opinie wyjęte z kontekstu? Bij się w piersi, bo na samiutkim początęczku to był porządeczek i to doskonały. A potem się zjebało... Wielki wybuch, z upływem czasu coraz gorzej. Chaos jest wszędzie, ogarnął już wszystko. Gdy przez moment ogarnęło mnie łechcące uczucie że już przynajmniej wiem gdzie jest burdel a gdzie względnie nie ma, to z całą mocą uderzyło mnie wulgarne acz uczciwe stwierdzenie "gówno wiesz".

Bo o ile na początku był porządek to pod sam koniec wyłonił się ZPAF. ZPAF. Trudne do wymówienia ale wtedy jeszcze nie znali Pi Aru. Związek Polskich Artystów Fotografików, źródło wszelkiego chaosu, archetypiczny pierdolnik pierwotny w ostatnich dniach uderzył mnie po twarzy i zbił z pantałyku. TOĆ TO GNIAZDO ŻMIJ! KRWIOPIJCÓW I DEGENERATÓW! Muszę uczciwie powiedzieć, głębokie zaskoczenie i nie powetowany żal ogarnął mnie w związku z niezbyt miłymi doświadczeniami ze środowiskami "zbliżonymi do dobrze zbliżonych do ZPAFu". Otóż by nie owijać w bawełnę: upodlono i chyba ostatecznie zdeptano mój idylliczny obraz artysty.

Artysta. Brzmi to dumnie. Artysta Fotograf. Fotografik. Och ach, czerwony dywan, Wyższa Kultura, WYŻSZE WARTOŚCI. Ooooo nieee... Polski artysta, o przepraszam, pretendent do bycia artystą to:

a.) Człowiek o poziomie rozwoju emocjonalnego dziecka
b.) Ktoś komu dobre wychowanie pomyliło się z chodzeniem do teatru i tzw. kulturą
c.) Zakompleksiony nieudacznik
d.) Kompletny ignorant w większości życiowych i nie życiowych kwestii
e.) Pozer
f.) a przede wszystkim ARTYSTA.
O kratę piwa założę się że przeciętny "artysta" nie złoży do kupy latawca.

Tak, domeną ich jest to, że nigdy nie przyznają się że są artystami, zaprzeczają nawet, wymieniają duże nazwiska, skromni niemal. Ale gdy ktoś ich połechce... Och, cóż za rozkosz w oczach. Niezaprzeczalnie, wtedy STAJĄ się artystami.
Ale dobra, starczy tego biadolenia. Szczerze:

WYDUPCZYLI MNIE W CHUJ, BANDA OSŁÓW I KRETYNÓW. Wydupczyli i tak tego przeżyć nie mogę, przetworzyć wewnętrznie nie mogę. Schlali co dałem, krew wypili, usta oblizali - więcej by się zdało ale coś nie smaczna była. Z zachwytu nie piała. I między zębami marudziła.

Ludzie ci wielce nieszczęśliwi są, pieniędzy w życiu im brak. To prawda. Wyjątkowe projekty na co dzień realizować trzeba, presja czasu, chleba w garnku. Zmagać się trzeba z brakiem entuzjazmu odbiorców, niechęcią do wspierania sztuki i jakże popularną ignorancją. Mimo to i tak wyjątkowym trzeba być i człowiekiem pozostać. Misja to iście godna bohatera tragicznego. Bo każdy w końcu coś kochał kiedyś, artyści też. Mieli tego pecha że to była sztuka, że to było w Polsce, że komunizm, że transformacja, ach i ta nowa klasa średnia. Staram się rozumieć, ale kurwa nie mogę. Bo zostałem nieszczęśliwie szczęśliwym dzieckiem Emo młodego polskiego kapitalizmu. I nigdy nie postanowiłem sprzedać duszy diabłu i poświęcać się tak chwiejnie prosperującej dziedzinie jaką jest sztuka.


Poniosło mnie, wiem. Wzburzony jestem, wiem. Są i w ZPAFie i w Polsce ludzie wyjątkowi, mający coś wartościowego do powiedzenia. Ale jeżeli drogie dziecko czytasz to, dam Ci dobrą radę: jeżeli interesuje cię sztuka, uprawiasz jakkolwiek rozumianą działalność artystyczną - UNIKAJ JAK OGNIA ARTYSTÓW! Puki nie potrafisz odsiać ziarna od plew, a z początku nikt nie umie, nawet Ci co umieją, to rób co robisz, byle z przyjemnością bo oni zniszczą w Tobie chęć do czegokolwiek.

P.S. Dzisiejszy post sponsoruje Program Wymiany Studenckiej ERASMUS. Kurwa.

sobota, 12 czerwca 2010

Konkurs strzelecki

Dzisiaj miał miejsce doroczny (już sześćdziesiąty) konkurs strzelecki o Puchar Burmistrza Oświęcimia. Oczywiście nie zabrakło tam nas.
Kategorie w konkursie były trzy:

1.) Strzelanie do nieruchomego więźnia z odległości.

Ta dyscyplina została rozegrana w niezwykle urokliwym miejscu, słynną Ścianą Śmierci w obozie Auschwitz I.






2.) Strzelanie do uciekającego więźnia na czas.

3.) Gra terenowa "Znajdź Żyda"




Żeby prosto nie było organizatorzy zastrzegli w regulaminie konkursu zakaz używania amunicji innej niż śrut ołowiany a także zakaz używania broni białej - maczet, siekier, toporów.

W kategorii pierwszej Beata zremisowała z Maciejem. W drugiej nie padły żadne wygrane. Natomiast w kategorii trzeciej bezsprzecznie prowadziła Beata...

P.S. Powyższe informacje są fikcją literacką i nie są nawiązaniem do żadnych realny sytuacji, miejsc, osób ani zdarzeń.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Porządek rzeczą żadką

Cudowne rzeczy donosi tajna agentka z Wydziału Biologii. Że czysto, że porządek i jakiż zapach... Tak, tak właśnie jest gdy Muchę ogarnia radość na przyjazd Drugiej Połowy. Radość ta emanuje z wnętrza i zachęca karaluchy do sprzątania, wówczas same pakują swe klamoty i wynoszą się gdzie indziej.

A jak to jest z porządkiem w innych pokojach? Zbadajmy jak to jest z żeńskimi pokojami. Można by rzec iż niewiasty schludne są i o czystość w pokojach dbają. Nic bardziej mylnego! Znany mi z wielokrotnych wizyt pokój mej Pierwszej Połówki wcale nie roztacza wokół zapachu świeżość... Raczej tchnie zapachem wilgotnej pieczary...
Świadczą też o tym wielokrotne wizyty Imperatora akademikowego w raz z jego strażą przyboczną. Wielce się Imperator ucieszył na arsenał butelek po mniej lub bardziej znanych markach samogonów wysokooktanowych zdobiących parapet pokoju w całej niemal jego szerokości... Mucha też tam nie powinien się za pojawiać bo podłoga to istny lep na muchy... Mógłby tam już zostać po wsze czasy.

Sprawa ma się inaczej u Żula. U Żula pokój sprząta Ciotka. Żul jedynie panoszy się po pokoju zajmując co i rusz jakiś wolny jeszcze skrawek przestrzeni. Ta ekspansja wydaje się nie mieć końca a pojemność tych szesnastu metrów kwadratowych zbliża się do nieskończoności. Bo gdy Żul już zmieścił w pokoju Pierwszą Pracownie Fizyczną, oscyloskop, generator, multimetrów co nie miara przyszła kolej na małą poligrafię, pracownie elektroniczną nie wspominając o delegaturze kina domowego, elementach ciemni fotograficznej, kolekcji karaluchów w słoiku i kilogramie cyjanku co to trzeba było w końcu oddać bo bardzo prosili że to 10 lat w zawieszeniu i że nie przystoi tak przeginać (mówię o cyjanku nie karaluchach...).
Dziś gdy zostałem odwiedzony przez swego dawnego kolegę spytany zostałem wręcz czy się wyprowadzam bo wyglądam na spakowanego...

Ale względny porządek i czystość mimo wszystko są zachowane. Ciotka sprząta, zamiata, myje zlew i roztacza przyjemne (?) zapachy których ma co nie miara, więcej niż Żul lakierów do paznokci. Śmieci po umieszczeniu w koszu cudownie znikają, brud z podłogi wpełza pod szafy a strefa powietrzna Ciotki pozostaje nieskalana książkami.

Inaczej to się miało gdy Żul wraz z Muchą pomieszkiwał w wakacje w jednej wspólnej rezydencji. Wtedy nikt się nie czepiał że na lodówce leży oblizana łyżka bo łyżki to już dawno nie było widać z pod kilograma cementu montażowego CX5. Podłogi zamiatać nie trzeba było bo nie było jej po prostu widać z pod stosu nie wiadomo ilu szklanych eksykatorów, słoików, butelek, kolb laboratoryjnych i innego wyposażenia Wydziału Chemii... Znaczy dawnego wyposażenia Wydziału Chemii... Jako ścienna ozdoba wisiał na haku dysk twardy wyjęty z macierzy dyskowej pierwszego polskiego superkomputera, drzwi pokrywało malarstwo współczesne a podwieszany sufit stanowiła pajęczyna kabli sieciowych.

Tak więc, z porządkiem to różnie bywa, raz trochę lepiej raz trochę gorzej. Czasami studenta ogarnia entuzjazm i sprząta, czasem wpojona przez rodziców idea schludności odbija swe piętno (najbardziej na niedostosowanych współlokatorach) aż wreszcie zdarza się tak że wszyscy w pokoju są zgodni - "z burdelem nie na leży walczyć, tylko go pokochać"...

piątek, 9 kwietnia 2010

Ojaaaaa.... Podłoga się nie klei!

Tak, właśnie tak. W magazynie została umyta podłoga. Ba, skarpetki w koszu, koszule poskładane, firanka zawieszona... Aż strach wchodzić, co by nie zakłócić tej harmonii. Cóż mogło być przyczyną tegoż przedsięwzięcia? Czyżby pozdrowienia od Gospodarza Domu, że Magazynierzy śpią w KUPIE? Albo konkurs na najczyściejszy pokój, co to miały go ogłosić dwie Zaleszczotki? Nie... Nic z tych rzeczy. Otóż do jednego ze Współlokatorów miała przyjechać Część Wspólna.

Przygotowania rozpoczęły się w środę...

Wchodzę i co słyszę na powitanie? "Witaj Marianno"? "Cześć Maniu"? "Marianiu Moja Droga, jak dobrze Cię widzieć..."? A gdzieżby tam! Infinitezymalny krzyczy: "Buty masz czyste, bo Maciek umył podłogę!?". Ostrożnie, powolutku, na paluszkach, niepewnym krokiem przesunęłam się przez próg, zbliżyłam się do łóżka z zamiarem wgramolenia się na nie, żeby już nie deptać tej cudnej podłogi. A stamtąd jaki widok! Normalnie dech zapiera w piersiach. To lepsze niźli halo albo tęcza! Legowisko Macieja posłane, sterta ubrań uprzątnięta, a wokół roznosi się bliżej nieokreślony zapach świeżosci...
Jakby tego było mało, Maciej kilka godzin przed przyjazdem swojej Części Wspólnej, zmienił nawet pościel. I to na czystą!
Uwierzyłby kto? Student i porządek? PORZĄDEK??? I to w męskim pokoju? I obojętne czy to student z Lublina czy z Warszawy; zawsze pokój wygląda tak samo – przepocone koszulki, skarpetki sztywne od brudu stojące w kącie, resztki jedzenia... A tu taka odmiana!

Nastał następny dzień, dzień przyjazdu Części Wspólnej. I co się jeszcze wydarzy? Czym Maciej zaskoczy mnie, Mariannę? Chyba już nie jest w stanie mnie zaszokować; i tak wczoraj byłam pod wielkim wrażeniem. A jednak... Maciej myje DRUGI raz podłogę! Nooo... Tego to w swoich najbardziej pokręconych snach bym się nie spodziewała. Facet jak chce, to potrafi i mopa wziąć do reki; kekeke... ;)

Cóż by tu jeszcze rzec... Może to, że stopień sanepidostwa magazynu malał wraz z każdym dniem pobytu Części Wspólnej Macieja - ale nie bynajmniej z jej powodu, tak mniemam – aż żeby w niedzielę wieczorem powrócić do stanu normalności, czyli zwykłego pokoju studentów fizyki zwanych Magazynierami;)



Z OSTATNIEJ CHWILI: Po akademiku krąży njus, iż Magazynierzy posprzątali pokój. Przyczyny jak dotąd nie są znane. Sprawą zajęła się tajna agentka z Wydziału Biologii.

piątek, 26 marca 2010

Miłego dnia :)

Dzisiaj do mojego pokoju z samego rana zawitał wesoły orszak z Państwa Konfitur i Przetworów. Do drzwi zapukał wcale nie mały Oddział Inżynieryjno-Lądowy "Słoiki" pod dowództwem generała Butelki. Z niektórych jeszcze ociekał pot trudów wyprawy a niektórym odstawały byle jak zarzucone na głowy czapokrywki. Aż nie mogłem się powstrzymać od zrobienia zdjęcia albowiem zostałem przywitany z wielką radością:



Jak się okazało Oddział "Słoików" został wysłany z poselstwem od Królowej Katarzyny i miłościwie panującego Kniazia Kozubala w celu odnowienia stosunków dyplomatycznych z krainą Rajstopowych Mścicieli Kapuścianych.

środa, 17 marca 2010

Destroy us

Z pamiętnika "sziftera":

[15:23:21] andres_fosorio: ohhhh
[15:23:34] pugliese1970: please ASK to central DAQ to destroy us
[15:23:46] rpc_shifter: I ask

Koniec świata jest bliski, strzeżcie się.

niedziela, 14 marca 2010

Nie tylko pasztet

Daleko daleko za kablami i ścianami, w końcu jednego z korytarzy, za bramą z szaf mieszkał Maciejosław Kozubeliusz. Słynął z wielkiego roztargnienia, niezorganizowania i wielu wielu innym rzeczom którym zrazu zaprzeczy. Albowiem on już tak ma, że przeczy sobie i nie tylko. Ale nie o tym ta historia. Pewnego dnia w królestwie Maciosława zjawił się niespodziewany orszak gości: Gofrownica wraz ze swymi giermkami Uszkami z Mięsem, wspieranymi dzielnym oddziałem Barszczu Czerwonego. Ten wesoły orszak prosił Maciosława o gościnę na co z chęcią przystał radośnie witając przybyszy z dalekiej krainy. Jednak przez swe "nieogarnięcie" bardzo szybko zapomniał o zacnych gościach i porzucił ich uwięzionych w swych karocach. Ponieważ przybyli oni z wielce mroźnego kraju tropikalne warunki kraju Kozmuchów szybko się zemściły objawiając złośliwym rakiem zgnilizny. Uszka pokryły się białymi śmierdzącymi wrzodami a ich wnętrzności poczęły się rozkładać pośród niewyobrażalnych bólów. Ostatnie godziny ich życia upłynęły na niewyobrażalnej męce. Aż wyzionęły ducha. Królowa Gofrownica posmutniała, a Barszcz Czerwony postanowił sobie odebrać życie bo już nie miał po co żyć. Ale duchy Uszek błąkały się nieszczęśliwe po pokoju. I natrafiły na Żula, prosząc aby ich niewinna śmierć została pomszczona. A Żul nie zwykł odmawiać w szczytnym celu i pomógł im. Przeniósł ich ciała w pobliże łoża Maciosława aby go dosięgła w nocy ich moc. I stało się... 3 dnia Uszka zmartwychwstały a ich pośmiertna moc dosięgła Maciosława...
Sprawiedliwości stało się za dość i ich niewinna śmierć nie poszła na marne, od tej pory Maciosław nie zapalał się już więcej słomianym zapałem i uważał na cudze rzeczy tak jak na własne :P


Łącząc wyrazy sznurkiem, z niewielkim już szacunkiem, por. B.

sobota, 13 marca 2010

Wielonarodowa kolaboracja

Chyba filie basha na blogu otworze...

[20:50:35] Żul: jaka akcja z tym hindusem
[20:50:42] Borsuk: no jaka??
[20:50:43] Żul: pyta się czy mam dziewczyne
[20:50:47] Żul: no to mówie że mam
[20:50:56] Żul: a on pyta czy tylko jedną? ... :D taki zdziwiony jeszcze...

Pozdro.

Pasztciacho


Jedni zbierają pudełka po zapałkach, drudzy wycinają etykietki z opakowań po jedzeniu, jeszcze inni szczycą się magazynowaniem różnych przedmiotów w swoim pokoju... Każdy ma jakieś hobby... Jak przystało na prawdziwego biologa Bożenka założyła swoją hodowlę...


Marianna leży na łóżku i się wyleguje. Myśli nad jakimś wstępem … Pasztet Piotruś, Michał, Tiger. Buuu…

Bo chodzi o to, że w lodówce jest pasztet. Może to mało osobliwe. Osobliwe jest to, że jest zielony! I nie jest mój. Stoi od tygodnia! Hodowlę Saccharomyces cerevisiae wykluczamy. Jaki jest więc powód?? Zbieramy się, żeby zapytać, ale jakoś wciąż nie możemy… Może to osobista sprawa między Bożenką a tym pasztetem? Wszak to podarunek od cioci Daniela, a prezentów przecież się nie wyrzuca… Zwłaszcza od cioci... Wszystko zostaje w rodzinie.

Przeniosłyśmy się do kuchni. Władka będzie mnie karmić naleśnikami; dobrze, ze świeżych produktów – mleko prosto od krowy. „Masz może jakiś jeszcze dżem?” – spytała Władysława. „Nie, ale jest pasztet Bożeny”. No właśnie… trzeba coś z tym zrobić. Wiem! Trzeba uruchomić przymusową akademikową sondę telefoniczną! – „Co to jest: zielone, kwadratowe i zachomikowane w lodówce?”. Albo nie! Przejść się z nim po pokojach i spytać czy ktoś jest w stanie to zjeść lub do naszej kawiarni dać go jako danie główne – Pasztet Bożenki. Pomysłów jest całe mnóstwo…

Władka wzywa do stołu. Trzeba jeszcze postarać się o deser – pasztetowy murzynek, a do popicia wyciąg z paznokci spod czołgu.

(...)

No i stało się. Pasztet zginął w ciemnych czeluściach zsypu. Wyrzucony, osamotniony , obdarty z nadziei na lepsze jutro… Pewnie płacze gdzieś tam na dnie w poczuciu winy, że nie spełnił oczekiwań właścicielki... Żal, że ani jednej łzy Bożenka nie uroniła wyrzucając go na zbity pysk… no właśnie, czy pasztet może go mieć?


Z pamiętnika Paszteta:

„Urodziłem się po koniec stycznia… Pierwsze dni mojego życia mijały beztrosko. Zero stresów, zero obowiązków… Każdy się mną zachwycał i mówił jaki to ja jestem piękny i dorodny.. Aż przyszedł ten dzień; dzień, w którym musiałem rozstać się ze swoim rodzinnym domem, z przyjaciółmi i co najgorsze z moją dziewczyna – Ćwikłą. Wysłano mnie w dalekie kraje; kraje wiecznego głodu i biedy (i bajzlu, jak się później dowiedziałem). Owy kraj nazywał się Akademikolandia. Już sama nazwa wiała chłodem i grozą. Ale cóż, moja opiekunka postanowiła mnie wysłać, a ja nie miałem prawa głosu…

Podróż zniosłem dobrze. Moja nowa Opiekunka była dużo młodsza i ładniejsza od mojej byłej. Powitano mnie radośnie i dostałem nawet swój przytulny kąt w plastikowym pojemniczku. Zaraz dołączył do mnie Ser - późniejszy mój najlepszy przyjaciel. Pokrótce wprowadził mnie w tradycje i obyczaje tutejszych mieszkańców. I tak: >>trzymaj się z dala od Pierożków i Marmoladki - są mamusiowe; nie wychylaj się poza swój pojemnik – może to się skończyć śmiercią; i co najważniejsze – słuchaj się Pani<< .

Moja nowa Opiekunka przez pierwsze dni mojego pobytu codziennie zaglądała do mnie. Nie wiem co było przyczyną tego, że po pewnym czasie nie widziałem jej przez tydzień. I wtedy to się stało. Dopadła mnie jakaś choroba. Pytałem współmieszkańców co to może być, czy wiedzą jak mi pomoc, a oni tylko potakiwali głowa z politowaniem i mówili,ze z Aspergillusem jeszcze nikt nie wygrał; co gorsza – zaraziłem tym mojego przyjaciela.
Minął tydzień. Do naszego królestwa zajrzała opiekunka Pierogów. Zobaczywszy co ze mną się stało zawołała swoją psiapsiółkę (bo to takie modne słowo), Władysławę, i obie zgodnie stwierdziły, że nie mogą mi pomóc. Następnego dnia wróciła moja Pani. Ucieszyłem się na jej widok; myślałem, że mi pomoże, że doda otuchy,że wszystko wróci do normy. Ale jak widać przeliczyłem się... Pani nawet nie rzuciła na mnie okiem. Przywiozła sobie nowych podopiecznych, część z nich zahibernowała od razu, a pozostali wylądowali obok mnie i Sera, a dokładniej piętro wyżej, bo tam była nasza gmina. Wszyscy byli tacy piękni i młodzi, tryskali energią i świeżością; zupełnie jak ja kiedyś... Aż mi łezka zakręciła się w oku...

Minęło kolejnych siedem dni. Choroba cały czas postępowała. Wszystko mnie swędziało i bolało. Nie mogłem się swobodnie poruszyć. Wyglądałem jak jedna wielka zielona rana! Marianna i Władysława zrobiły mi nawet obdukcję. W sumie na podstawie ich zdjęć mógłbym się teraz domagać odszkodowania, ale jest już za późno...

Za późno by próbować cokolwiek zmienić... co tu dużo mówić – Pani otworzyła lodówkę i zobaczywszy w jakim jestem stanie wpadła w panikę, złapała nasze przytulne pudełeczko , wybiegła na korytarz i wrzuciła z wielkim hukiem do takiego ciemnego i zimnego tunelu. Początkowo myślałem,że to wszystko śni mi się, ale kiedy upadłem i zobaczyłem innych podobnych do mnie, zrozumiałem, że nie ma odwrotu,że to mój koniec...”.


A Dinuś jak niezdobyty , tak niezdobyty….


Wszelka zbieżność imion jest przypadkowa.

wtorek, 2 marca 2010

Jadąc do CERN...

Irena: zostawiasz mnie
ja: nie zostawiam
Irena: dla protona!!!!!!!!!!!!!!
co on ma czego mi brakuje??

niedziela, 28 lutego 2010

Dlaczego różowy?

W niektórych kręgach zbliżonych do poinformowanych uważa się, że szatan ubiera się na różowo bo jest to diaboliczny kolor. Nie rozumiem dobrze tego fenomenu, ale znam również co najmniej jednego znanego reżysera co też tak uważa ;) Przyjrzyjmy się problemowi trochę bliżej...

Zacznijmy od początku, otóż co to jest różowy? Kolor różowy powstaje jako mieszanina kolorów czerwonego i białego, można powiedzieć taki "blado czerwony". Inne odcienie różowego możemy dostać mieszając kolor różany (nie mylić kurwa z różowym!) z białym, magentą a i podobno pomarańczowym (?) ale tego już ja nie ogarniam.



Jednym z ciekawszych odcieni różowego jest fuksja, w świecie internetowym zwana elektroniczną magentą tzn. jest to intensywny kolor fioletowy zmieszany z różowym (co by nie było tak łatwo jest to jeszcze inny kolor niż tradycyjna fuksja i jeszcze inny niż magenta używana w modzie, bądźcie czujni!).



Magenta nie pochodzi z widma elektromagnetycznego i nie odpowiada określonej długości fali elektromagnetycznej, otrzymamy ją tylko jako wrażenie wzrokowe dopiero w wyniku zmieszania dwóch kolorów lub bardziej obrazowo - usuwając limonkowo-zielone długości fal ze światła białego.


Jeśli chodzi o modę, przypisywanie koloru różowego do płci zaczęło się w latach 20 ubiegłego wieku. Od tamtej pory aż do lat 40 kolor różowy był przypisywany CHŁOPCOM (!) jako słabsza forma czerwonego, uważanego z bardzo męski, agresywny i zdecydowany. Natomiast niewiasty ubierały się na niebiesko albowiem jest bardziej delikatny i mniej wulgarny. W latach 40 nastąpiła inwersja tychże norm i niebieski stał się bardziej stosowny dla facetów a różowy dla kobiet no i tak zostało do dziś.

Z czasem różowy nabrał też wielu negatywnych konotacji, przykładowo producenci aby odróżnić zabawki dla dziewczynek od zabawek dla chłopców i zapobiec kupowaniu jednej zabawki dla dwojga dzieci (ZYSK!) zaczęto obsesyjnie dziewczęce zabawki malować na różowo co doprowadziło do powstanie stereotypu skretyniałej różowej nastolatki która nie wyszła w rozwoju emocjonalnym poza świat lalek i jego kiczowatą estetykę.



Całymi garściami czerpią różowy przedstawiciele subkultury emo bo krótko mówiąc różowe jest lepsze. W wyniku połączenia pustki egzystencjonalnej, romantycznych miłości i nastoletniego okresu "burzy i naporu" powstał styl który już kiedyś był dawno temu ale wtedy nie znali różowego i internetu ;)



Herbem emo stała się różowa czaszka, synteza dwóch wiodących idei tego nurtu - różowy jak uczucia i wrażliwość, czaszka jak niedoszli samobójcy niezrozumiani i odrzuceni przez bydlęce społeczeństwo. No i jasne że "trendi".
Gdyby Werter się urodził dzisiaj, był by EMO a samobójstwo popełnił kilka razy żeby każdy widział jak jest nieszczęśliwy. Tak więc pewien postęp jest :)

Takie oto więc są więc losy tego biednego koloru, który spotkał się z tak szczególnym wyróżnieniem i chyba jak żaden inny stał się kolorystycznym odpowiednikiem popularnego przerywnika "kurwa" zyskując nieskończoną pojemność znaczeniową od pozytywnych emocji po zwyczajny debilizm.

Serdeczności, Żul.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Walentynki, walentynki... i po walentynkach

Romantyczne komedie, oficjalne obiady, kolacje przy świecach, różowe prezenty i wiele innych - to domena Walentynek, usilnie i nachalnie lansowanych przez wszelaki marketing. I choć idea kochania innych jest jak najbardziej słuszna, to końcowy efekt działalności nieśpiących po nocach marketingowców daleki jest od wspaniałości. Uczucia zostają sprowadzone do niemal wszystkiego na czym można zarobić, od łatwo-kupowalnych pierdół przez kiczowate filmiki (zarówno małej jak i wielki produkcji) aż do zwiększonej sprzedaży wszelakich badyli (kaktusów i innych kwiatów ciętych). Wylansowany schemat rozpoczyna się śniadaniem w łóżku i w łóżku też się kończy późnym wieczorem i swoisty krąg życia się zamyka - filozofowie tu wiele mogą dodać na ten temat drążąc go do głębin. Krąg ten ma kilka mniej i bardziej ważnych punktów, przebiega przez obowiązkową cole i popcorn w kinie a także wiele atrakcji na podobnym poziomie, które niskim kosztem kupiliśmy w pakiecie z amerykańskim stylem świętowania.

I tu opowiem historię łamiącą powyższy trend: otóż pewien zmartwiony tym wszystkim Pomorzanin, nad wyraz świadom kosztów miłości, pałał jednak wielkim obrzydzeniem do jej chętnego spieniężania. Archetypowy już plan na Walentyki, tak pieczołowicie indoktrynowany społeczeństwu, zdecydowanym ruchem przekreślił - "STOP KOMERCJI" powiedział i udał się w nurty offowe a bynajmniej nie main-streamowe, jak to się tak dzisiaj zajebiście po polsku mówi.
"Jak z miłości prezent, to z miłości" i wielki nakładem pracy, ceniąc wartość życia ludzkiego a jeszcze bardziej ryzykując oskarżeń o ludobójstwo rozpoczął poszukiwania prezentu dla swej lubej. Nie szczędząc czasu i środków, pytając po okolicznych znachorach i alchemikach, dyskutując na forach odkrywca.pl wędrując po wsiach i miastach polskich z wykrywaczem metali w ręce, wreszcie znalazł swe ZŁOTO TEMPLARIUSZY.

Ostatni słoik, jednej z najdroższych substancji na świecie, ale nie bynajmniej najdroższych w sensie wartości pieniężnej, konsumpcyjnej, o nie nie! - otóż o wartości duchowej, o wartości niemal setek dusz! I tego wieczoru, 14 lutego, mógł być pewny, że jego wybranka serca dostała coś czego nikt nie dostał. Mydło z Żyda.



Produkt stworzony z czystej miłości, miłości do życia ludzkiego w ogóle. Wyprodukowany z zachowaniem jak największej staranności i niemal niemieckiej precyzji, dzieło będące krystalizacją starań wielu pokoleń alchemików, wróżbitów, znachorów i lekarzy - cudowny środek na wszystko! A to wszystko w śmiesznie niskiej cenie, można powiedzieć stworzony z odpadów... I proszę nie zrozumieć mnie tu opacznie!

I tym sposobem wspomniany Pomorzanin zadał cios nie tylko milionom Żydów, ale kolejnym milionom marketingowców, dyrektorów, prezesów, zarządów i rad nadzorczym wbijając sztylet niezgody między drogie uczucia a nic nie warte pieniądze, między korporacje a obozy koncentracyjne, między totalitaryzm a wolność...

Pozdrawiam, Żul

P.S. Z uwagi na kontrowersyjny charakter powyższych wywodów przypominam nieświadomym o subtelnej artystycznej prowokacji i zwrócenie uwagi na konteksty. Pozdro ;)

czwartek, 11 lutego 2010

ale, ale... ale o so choziii??

Żul jak zwykle nie wie nic,
nic nie wie rzec można wręcz.

Czyżby to dziś był jakiś tłusty szczwartek? Z wódką? Hmm... i znowu zaspałem.

Nie mniej jednak, powrót Bru w wielki stylu tradycyjnie świętować można. I pączkiem i wódką a nawet samą wódką. A i nie tradycyjnie świętować też da radę a nawet trzeba bo czego nie można to wprost przeciwnie postąpić przystoi - niemożności pokonywać i cele nieosiągalne osiągać. Tak więc, sto lat!

P.S. A co wy robicie w walentynki? :>

wrr wrr wrr... wracam.... ?

A przynajmniej post rozpędowy pisze.
Internet jak zawsze przyjazny, ramiona rozwarte na świat, to i ja się dołączam, no bo co mam się nie dołączać,
wsiadam i dorzucam swoje COŚ.
A moje COŚ to będzie trochę o niczym.
Czyli o tradycji.

Z najnowszych wiadomości, to wiem to na pewno i się nie mylę,
że pączki w rzeczywistości pochodzą z Rzymu i... ale
to jeszcze nic...
i że początkowo nadziewano je smalcem i ...
to dopiero heca...
i podawano je z wódką. zawsze. z wódką.

pączek i wódka, najlepsza odtrutka.

Ale, że uprzedzałam, że post jest o tradycji, czyli o niczym, to skończę bez morału. ot tak po prostu.

Bo jak mówi stare starorzymskie przysłowie: kto jeździ na sankach, ten jest pisanka.
to ja w sumie nie wiem czy warto.

Bru.

niedziela, 7 lutego 2010

Czas życia krótki więc napijmy się wódki!

A oto i jest superprodukcja Studia Miniatur Filmowych w Pułtusku filia Warszawa, zapraszam do oglądania:



Pijmy szybko bo się ściemnia...

Ż.

sobota, 30 stycznia 2010

Żul na Onecie

Żul nie tylko ma pomnik za życia, ale za życia również wystąpił na zdjęciu grupowym w znanym czasopiśmie branżowym Portal Wiedzy onet.pl :P Po prostu spełnia się medialnie, no co? Każdy ma prawo.



Gdzie jest Żul na zdjęciu powyżej? Jak się ukrył wśród tych wszystkich znamienitych osób?!

Jeżeli chcesz wiedzieć więcej co robi Żul po godzinach czytaj tu: http://portalwiedzy.onet.pl/2095226,10491,2,info.html

Pozdro, Ż.

wtorek, 26 stycznia 2010

pOzDrAfFiAm mOiCh fFaRiAtófF!! :*:*:*:* :P

sIeMa zIoMkI!



FfłaśnIe oDkRyłeM ZaJeBiStOm sTrOnEm, DzIeMkI KtórEj mOrZnA FfReShCiE DoGaDać SiEm fF NoRmAlNy sPoSóB Z ReShToM śfFiAtA! :*:* :) ^^



Od dZiś BlOgA BeMdEm pIsAł fF DiAlEkCiE PoKeMoNóFf fFsChOdNiOsłoFfIańsKiCh! :*:*:*:* :D :3 ^^

jórZ FfIdZeM JaK SiEm cIeShYcIe i dłóRzEj fFaS NiE TrZyMaM Ff nIePeFfNoścI - FfEjDźCiE TóTaJ: http://www.pokemon.dexter007.net/index.php

bózIaKi! KoChAm fFaS! :*:* :D :P Borewicz

niedziela, 3 stycznia 2010

Ruś Reaktywacja cz. 1

Jednym z bardziej newralgicznych punktów projektora jest płytka dociskowa kanału filmowego.



Jej zadaniem jest cykliczne blokowanie filmu w prowadnicy kanału tak aby dana klatka została stabilnie wyświetlona. Gdy projektor jest stary na pewno zgromadził się na niej kurz, a co gorsza pewnie i rdza. Jeżeli w takiej sytuacji włożymy film i spróbujemy go odtwarzać - zniszczenie taśmy gwarantowane, od drobnych porysowań po długie krechy aż do zupełnego zacięcia filmu i pęknięcia taśmy.



Dlatego konieczne jest delikatne wymontowanie tego elementu - zdejmujemy więc obudowę żarówki projekcyjnej.





A następnie oczyszczamy pędzelkiem okolice układu optycznego i kanału filmowego, po czym wycieramy miękką szmatką na mokro.



Nie wolno zostawić rdzy ani żadnych nierówności w miejscach mających kontakt z filmem - wszystko na lustrzany połysk. Na pozostałych elementach możemy pozostawić drobne ślady rdzę o ile jest zwarta z podłożem i nie dała się usunąć przez silniejsze wytarcie.


Ja miałem szczęście - nalot rdzy udało się usunąć i spolerować. Obyło się bez głębokich zniszczeń.

sobota, 2 stycznia 2010

Motoryzacyjne korzenie kinematografii

Otóż nieświadom swej roli Mucha obudził we mnie pewne niezrealizowane marzenie, marzenie o filmie z projektora i to co gorsza projektora PRAWDZIWEGO. A wiecie jak to jest z projektorem PRAWDZIWYM - szukać w słoneczne dni z płonąca pochodnią dzierżoną w prawicy. A jakiż to jest ten jedyny PRAWDZIWY sposób projekcji filmu? Nie, nie są to cyfrowe zastawy kina domowego, żadne sereundy i tym podobne blu raje... to coś bardziej klimatycznego, to zapach starego oleju i kurzu starości, to coś z piszczącym i stukającym wnętrzem, to ginący i nieostry obraz... A źródła tego wspomnienia sięgają jeszcze czasów dzieciństwa...

I tak zrodził się projekt -"RUŚ REAKTYWACJA".

Proszę Państwa, a oto i on stojący na Żulowskim warsztacie, w całej okazałości:



Wykopany z czeluści zwoleńskich piwnic, zakurzony i odrapany, projektor filmowy RUŚ na taśmy 8mm i Super8. Trzon radzieckiego wydania kina domowego dla mas - teraz znów zaświeci (oczywiście po kilku drobnych naprawach).

I tu gwóźdź programu: co łączy kinematografie z motoryzacją? Bardzo dużo - jak zepsuje Ci się pierścień gumowy przenoszący napęd z silnika projektora na wał ślimacznicy - daruj sobie poszukiwania wzdłuż i wszerz Warszawy, słuchanie mądrych porad pana Zdzisia-wszystko-mającego na Halach Bachama - pojedź do pierwszego sklepu motoryzacyjnego i poproś filtr paliwa do Mercedesa... ;) Uszczelka do tego filtra to idealny o-ring zastępujący oryginalny pierścień. Jeżeli nie pasuje od Mercedesa - spróbuj innych marek samochodów :)
Bona petit.