sobota, 13 marca 2010

Pasztciacho


Jedni zbierają pudełka po zapałkach, drudzy wycinają etykietki z opakowań po jedzeniu, jeszcze inni szczycą się magazynowaniem różnych przedmiotów w swoim pokoju... Każdy ma jakieś hobby... Jak przystało na prawdziwego biologa Bożenka założyła swoją hodowlę...


Marianna leży na łóżku i się wyleguje. Myśli nad jakimś wstępem … Pasztet Piotruś, Michał, Tiger. Buuu…

Bo chodzi o to, że w lodówce jest pasztet. Może to mało osobliwe. Osobliwe jest to, że jest zielony! I nie jest mój. Stoi od tygodnia! Hodowlę Saccharomyces cerevisiae wykluczamy. Jaki jest więc powód?? Zbieramy się, żeby zapytać, ale jakoś wciąż nie możemy… Może to osobista sprawa między Bożenką a tym pasztetem? Wszak to podarunek od cioci Daniela, a prezentów przecież się nie wyrzuca… Zwłaszcza od cioci... Wszystko zostaje w rodzinie.

Przeniosłyśmy się do kuchni. Władka będzie mnie karmić naleśnikami; dobrze, ze świeżych produktów – mleko prosto od krowy. „Masz może jakiś jeszcze dżem?” – spytała Władysława. „Nie, ale jest pasztet Bożeny”. No właśnie… trzeba coś z tym zrobić. Wiem! Trzeba uruchomić przymusową akademikową sondę telefoniczną! – „Co to jest: zielone, kwadratowe i zachomikowane w lodówce?”. Albo nie! Przejść się z nim po pokojach i spytać czy ktoś jest w stanie to zjeść lub do naszej kawiarni dać go jako danie główne – Pasztet Bożenki. Pomysłów jest całe mnóstwo…

Władka wzywa do stołu. Trzeba jeszcze postarać się o deser – pasztetowy murzynek, a do popicia wyciąg z paznokci spod czołgu.

(...)

No i stało się. Pasztet zginął w ciemnych czeluściach zsypu. Wyrzucony, osamotniony , obdarty z nadziei na lepsze jutro… Pewnie płacze gdzieś tam na dnie w poczuciu winy, że nie spełnił oczekiwań właścicielki... Żal, że ani jednej łzy Bożenka nie uroniła wyrzucając go na zbity pysk… no właśnie, czy pasztet może go mieć?


Z pamiętnika Paszteta:

„Urodziłem się po koniec stycznia… Pierwsze dni mojego życia mijały beztrosko. Zero stresów, zero obowiązków… Każdy się mną zachwycał i mówił jaki to ja jestem piękny i dorodny.. Aż przyszedł ten dzień; dzień, w którym musiałem rozstać się ze swoim rodzinnym domem, z przyjaciółmi i co najgorsze z moją dziewczyna – Ćwikłą. Wysłano mnie w dalekie kraje; kraje wiecznego głodu i biedy (i bajzlu, jak się później dowiedziałem). Owy kraj nazywał się Akademikolandia. Już sama nazwa wiała chłodem i grozą. Ale cóż, moja opiekunka postanowiła mnie wysłać, a ja nie miałem prawa głosu…

Podróż zniosłem dobrze. Moja nowa Opiekunka była dużo młodsza i ładniejsza od mojej byłej. Powitano mnie radośnie i dostałem nawet swój przytulny kąt w plastikowym pojemniczku. Zaraz dołączył do mnie Ser - późniejszy mój najlepszy przyjaciel. Pokrótce wprowadził mnie w tradycje i obyczaje tutejszych mieszkańców. I tak: >>trzymaj się z dala od Pierożków i Marmoladki - są mamusiowe; nie wychylaj się poza swój pojemnik – może to się skończyć śmiercią; i co najważniejsze – słuchaj się Pani<< .

Moja nowa Opiekunka przez pierwsze dni mojego pobytu codziennie zaglądała do mnie. Nie wiem co było przyczyną tego, że po pewnym czasie nie widziałem jej przez tydzień. I wtedy to się stało. Dopadła mnie jakaś choroba. Pytałem współmieszkańców co to może być, czy wiedzą jak mi pomoc, a oni tylko potakiwali głowa z politowaniem i mówili,ze z Aspergillusem jeszcze nikt nie wygrał; co gorsza – zaraziłem tym mojego przyjaciela.
Minął tydzień. Do naszego królestwa zajrzała opiekunka Pierogów. Zobaczywszy co ze mną się stało zawołała swoją psiapsiółkę (bo to takie modne słowo), Władysławę, i obie zgodnie stwierdziły, że nie mogą mi pomóc. Następnego dnia wróciła moja Pani. Ucieszyłem się na jej widok; myślałem, że mi pomoże, że doda otuchy,że wszystko wróci do normy. Ale jak widać przeliczyłem się... Pani nawet nie rzuciła na mnie okiem. Przywiozła sobie nowych podopiecznych, część z nich zahibernowała od razu, a pozostali wylądowali obok mnie i Sera, a dokładniej piętro wyżej, bo tam była nasza gmina. Wszyscy byli tacy piękni i młodzi, tryskali energią i świeżością; zupełnie jak ja kiedyś... Aż mi łezka zakręciła się w oku...

Minęło kolejnych siedem dni. Choroba cały czas postępowała. Wszystko mnie swędziało i bolało. Nie mogłem się swobodnie poruszyć. Wyglądałem jak jedna wielka zielona rana! Marianna i Władysława zrobiły mi nawet obdukcję. W sumie na podstawie ich zdjęć mógłbym się teraz domagać odszkodowania, ale jest już za późno...

Za późno by próbować cokolwiek zmienić... co tu dużo mówić – Pani otworzyła lodówkę i zobaczywszy w jakim jestem stanie wpadła w panikę, złapała nasze przytulne pudełeczko , wybiegła na korytarz i wrzuciła z wielkim hukiem do takiego ciemnego i zimnego tunelu. Początkowo myślałem,że to wszystko śni mi się, ale kiedy upadłem i zobaczyłem innych podobnych do mnie, zrozumiałem, że nie ma odwrotu,że to mój koniec...”.


A Dinuś jak niezdobyty , tak niezdobyty….


Wszelka zbieżność imion jest przypadkowa.

4 komentarze:

  1. to tylko pasztet...nie ma co włosów z głowy rwać...co innego, gdyby ta pleśń Bożenkę dopadła lub jej jakąś część xD

    OdpowiedzUsuń
  2. A to Ci dopiero, pasztetowa historia. Prawdziwie porwała mnie i od tej pory będę patrzył z większym szacunkiem na ten cudowny wyrób wielu ubojni...

    OdpowiedzUsuń
  3. zapewniam cię, że jeszcze nikt nigdy nie upichcił pasztetu w ubojni.... ale zawsze możesz być pierwszy... primus inter pares! xD

    OdpowiedzUsuń