poniedziałek, 15 lutego 2010

Walentynki, walentynki... i po walentynkach

Romantyczne komedie, oficjalne obiady, kolacje przy świecach, różowe prezenty i wiele innych - to domena Walentynek, usilnie i nachalnie lansowanych przez wszelaki marketing. I choć idea kochania innych jest jak najbardziej słuszna, to końcowy efekt działalności nieśpiących po nocach marketingowców daleki jest od wspaniałości. Uczucia zostają sprowadzone do niemal wszystkiego na czym można zarobić, od łatwo-kupowalnych pierdół przez kiczowate filmiki (zarówno małej jak i wielki produkcji) aż do zwiększonej sprzedaży wszelakich badyli (kaktusów i innych kwiatów ciętych). Wylansowany schemat rozpoczyna się śniadaniem w łóżku i w łóżku też się kończy późnym wieczorem i swoisty krąg życia się zamyka - filozofowie tu wiele mogą dodać na ten temat drążąc go do głębin. Krąg ten ma kilka mniej i bardziej ważnych punktów, przebiega przez obowiązkową cole i popcorn w kinie a także wiele atrakcji na podobnym poziomie, które niskim kosztem kupiliśmy w pakiecie z amerykańskim stylem świętowania.

I tu opowiem historię łamiącą powyższy trend: otóż pewien zmartwiony tym wszystkim Pomorzanin, nad wyraz świadom kosztów miłości, pałał jednak wielkim obrzydzeniem do jej chętnego spieniężania. Archetypowy już plan na Walentyki, tak pieczołowicie indoktrynowany społeczeństwu, zdecydowanym ruchem przekreślił - "STOP KOMERCJI" powiedział i udał się w nurty offowe a bynajmniej nie main-streamowe, jak to się tak dzisiaj zajebiście po polsku mówi.
"Jak z miłości prezent, to z miłości" i wielki nakładem pracy, ceniąc wartość życia ludzkiego a jeszcze bardziej ryzykując oskarżeń o ludobójstwo rozpoczął poszukiwania prezentu dla swej lubej. Nie szczędząc czasu i środków, pytając po okolicznych znachorach i alchemikach, dyskutując na forach odkrywca.pl wędrując po wsiach i miastach polskich z wykrywaczem metali w ręce, wreszcie znalazł swe ZŁOTO TEMPLARIUSZY.

Ostatni słoik, jednej z najdroższych substancji na świecie, ale nie bynajmniej najdroższych w sensie wartości pieniężnej, konsumpcyjnej, o nie nie! - otóż o wartości duchowej, o wartości niemal setek dusz! I tego wieczoru, 14 lutego, mógł być pewny, że jego wybranka serca dostała coś czego nikt nie dostał. Mydło z Żyda.



Produkt stworzony z czystej miłości, miłości do życia ludzkiego w ogóle. Wyprodukowany z zachowaniem jak największej staranności i niemal niemieckiej precyzji, dzieło będące krystalizacją starań wielu pokoleń alchemików, wróżbitów, znachorów i lekarzy - cudowny środek na wszystko! A to wszystko w śmiesznie niskiej cenie, można powiedzieć stworzony z odpadów... I proszę nie zrozumieć mnie tu opacznie!

I tym sposobem wspomniany Pomorzanin zadał cios nie tylko milionom Żydów, ale kolejnym milionom marketingowców, dyrektorów, prezesów, zarządów i rad nadzorczym wbijając sztylet niezgody między drogie uczucia a nic nie warte pieniądze, między korporacje a obozy koncentracyjne, między totalitaryzm a wolność...

Pozdrawiam, Żul

P.S. Z uwagi na kontrowersyjny charakter powyższych wywodów przypominam nieświadomym o subtelnej artystycznej prowokacji i zwrócenie uwagi na konteksty. Pozdro ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz